W pętli

fot. Arkadiusz Ławrywianiec

Kamil Szuszkiewicz "Focie"

reż. Andrzej Dopierała

                 Teatr Bez Sceny w Katowicach   12.01.2018

 

Świat w „Fociach” jest na opak. Co z niego wykadrowano, wraca jak z zaświatów, na pohybel gładkiej kompozycji, pod postacią Czarnej Chmury – pomysłu Szuszkiewicza, w niesztampowej reżyserii Dopierały i balladowym wydaniu Angeliki Lech i Noemi Berenstein. Śpiewka tego duetu powraca jak echo, co więcej – wzmocniona chóralnym brzmieniem i wdziękiem ukulele (zjawiskowa Lech) – zapętla się i otwiera przestrzeń, gdzie koniec wyprzedza początek, skutek się myli z przyczyną, a zmarli są nadal aktywni.

Wir obrazów wciąga od progu. Na początek puste łóżeczko, z zaschniętą wewnątrz strużką czerwieni, tuż za nim – na metalowych prętach, cztery foliowe tunele z rozczłonkowaną lalką i czarnym włazem u wejścia.

Tytułem wstępu, czy raczej cody, „Focie” intonują temat, a ściślej  w a r i a c j e  na temat – natury zła. Bo tekst Szuszkiewicza to fuga z wielogłosowych powtórzeń. Dopierała wygrywa je, ale też mnoży i potęguje, co rodzi nieprzewidziane skutki. I tak, instalacja z lalką (reżyserska wartość dodana) w samym sercu Katowic, to niezawodny wehikuł do świata Bellmera. Co prawda, za moment jesteśmy z powrotem –  w przedsionku „Foci”. To jednak nie koniec, lecz zwiastun kolejnych ruchów à rebours i szkatułkowych kompozycji. Bo widzimy jakby inaczej. Słyszymy, ale więcej niż powinniśmy. Jak w bajce o czerwonym kapturku, strach miesza się z fascynacją. Za sprawą Lech i Berenstein – nośników polifonii u Dopierały.

To one, pochmurne Lisbeth Salander, z wyglądem i językiem, niewyparzonym aż nadto dla części publiki (nawet tej „wyrobionej”), nadają ostrość sweet fociom i papce z fejsa – brawa dla autora (muzyka z wykształcenia) za zręczną grę frazą i stylem mediów społecznościowych. I brawa dla reżyserskiej ścieżki. Czarna Chmura – czwarta osoba dramatu, rozpisana w sztuce na anonimowe trolle, jest pierwszą u Dopierały. Co więcej, to charakterny duet, do tego śpiewający, w tym – didaskalia. Rusałki na miarę czasów? Bo wskrzeszają umarłych (żywiołowa Janik jako dziunia-inteligentka z Sosnowca), a żywych (tragikomiczny Gaj w roli śląskiego macho) dręczą komentarzem – na delayu, co nie zanika, ale, inaczej niż echo, rośnie w siłę. Chórem hejtu, odtworzonego z taśmy (Błaszczyński nie do poznania).

I tak, w błędnym kole narracji, zderzają się posty i prawdy, sensy – prześcigają i gubią, a czas stoi w miejscu. Zbrodnia z miłości, czy pomimo miłości, już nie ma znaczenia, bo zbrodni nie ma. W tle, czy raczej, na pierwszym planie – starolitewskie pieśni o boginkach, co zeszły na ziemię, z pomocą i pomstą, w reedycji Szuszkiewicza. „Trudność odbioru tej muzyki potęguje jej lekkość”. Takiego Dopierałę lubię.