O teatrze!

w każdym przypadku

Pogoń za wiatrem


Peter Asmussen "Bunt"

reż. Andrzej Dopierała

Teatr Bez Sceny w Katowicach

15.06.2018

 

Bunt Asmussena wysysa się z mlekiem matki – kiełkuje pod osłoną osobowości, czy osobności, a potem się rozplenia. Nie z wyboru, ale kolei rzeczy. Wolność się rodzi dopiero post factum, czytaj: post mortem. Za szczęśliwego należy uznać tylko tego, co jeszcze nie istnieje, ani nie widział spraw niegodziwych, jakie się dzieją w nowym spektaklu TBS.

 

Na scenie brak perypetii, uników, czy prób czegokolwiek, w tym odkupienia – słowo od reżysera to pułapka. Niezdolne do gry postaci wyrzucają z siebie kwestie z prędkością karabinu. Obok siebie, ale naprzeciw widowni, zrzucają balast wspomnień i ciężar akcji na widza. Neurotyczna Janik jak w transie krąży po scenie, kompulsywnie wypluwa kawałki zdań – pauza grozi implozją. Złapana za rękę, wypada z rytmu, zacina się i traci rezon. Gdy uścisk zwalnia, znów rusza do biegu. Na oślep. Na drugim biegunie Fielek – wrośnięta w kitel i scenografię, kobieta z songu Organka, co pachnie mydłem. Na szpitalnym łóżku (ławce i katafalku) odtwarza wariację na temat marności nad marnościami – metodycznie, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń. Wszystkiemu, w tym widowni, przygląda się voyeur Dopierała. Tak powstaje portret grupowy. Witajcie w theatrum anatomicum na lekcji anatomii doktora Asmussena. Gotowi na piękno bez znieczulenia?

 

W czasach Rembrandta pokazy sekcji odbywały się zimą. We foyer TBS gra Let it snow, a na scenie pada za sprawą subtelnych projekcji Iwana. Video chwilami traci ostrość, śnieg przypomina wtedy nasienie. Spod sklepienia wyrasta coś na kształt krzyża. Korzeń mandragory? Według legendy kiełkował pod szubienicą. Niżej na scenie młoda kobieta otwiera ramiona w geście „ufam tobie”. W tle opalizujące dźwięki Krzysztofa Koniecznego. Tylko rytm i barwa, bez słów, które można zrozumieć. Śmierć u Asmussena jest przecież innym gatunkiem muzyki. Brawo.              

 

Fot. TBS

W pętli


fot. Arkadiusz Ławrywianiec

Kamil Szuszkiewicz "Focie"

reż. Andrzej Dopierała

                 Teatr Bez Sceny w Katowicach   12.01.2018

 

Świat w „Fociach” jest na opak. Co z niego wykadrowano, wraca jak z zaświatów, na pohybel gładkiej kompozycji, pod postacią Czarnej Chmury – pomysłu Szuszkiewicza, w niesztampowej reżyserii Dopierały i balladowym wydaniu Angeliki Lech i Noemi Berenstein. Śpiewka tego duetu powraca jak echo, co więcej – wzmocniona chóralnym brzmieniem i wdziękiem ukulele (zjawiskowa Lech) – zapętla się i otwiera przestrzeń, gdzie koniec wyprzedza początek, skutek się myli z przyczyną, a zmarli są nadal aktywni.

Wir obrazów wciąga od progu. Na początek puste łóżeczko, z zaschniętą wewnątrz strużką czerwieni, tuż za nim – na metalowych prętach, cztery foliowe tunele z rozczłonkowaną lalką i czarnym włazem u wejścia.

Tytułem wstępu, czy raczej cody, „Focie” intonują temat, a ściślej  w a r i a c j e  na temat – natury zła. Bo tekst Szuszkiewicza to fuga z wielogłosowych powtórzeń. Dopierała wygrywa je, ale też mnoży i potęguje, co rodzi nieprzewidziane skutki. I tak, instalacja z lalką (reżyserska wartość dodana) w samym sercu Katowic, to niezawodny wehikuł do świata Bellmera. Co prawda, za moment jesteśmy z powrotem –  w przedsionku „Foci”. To jednak nie koniec, lecz zwiastun kolejnych ruchów à rebours i szkatułkowych kompozycji. Bo widzimy jakby inaczej. Słyszymy, ale więcej niż powinniśmy. Jak w bajce o czerwonym kapturku, strach miesza się z fascynacją. Za sprawą Lech i Berenstein – nośników polifonii u Dopierały.

To one, pochmurne Lisbeth Salander, z wyglądem i językiem, niewyparzonym aż nadto dla części publiki (nawet tej „wyrobionej”), nadają ostrość sweet fociom i papce z fejsa – brawa dla autora (muzyka z wykształcenia) za zręczną grę frazą i stylem mediów społecznościowych. I brawa dla reżyserskiej ścieżki. Czarna Chmura – czwarta osoba dramatu, rozpisana w sztuce na anonimowe trolle, jest pierwszą u Dopierały. Co więcej, to charakterny duet, do tego śpiewający, w tym – didaskalia. Rusałki na miarę czasów? Bo wskrzeszają umarłych (żywiołowa Janik jako dziunia-inteligentka z Sosnowca), a żywych (tragikomiczny Gaj w roli śląskiego macho) dręczą komentarzem – na delayu, co nie zanika, ale, inaczej niż echo, rośnie w siłę. Chórem hejtu, odtworzonego z taśmy (Błaszczyński nie do poznania).

I tak, w błędnym kole narracji, zderzają się posty i prawdy, sensy – prześcigają i gubią, a czas stoi w miejscu. Zbrodnia z miłości, czy pomimo miłości, już nie ma znaczenia, bo zbrodni nie ma. W tle, czy raczej, na pierwszym planie – starolitewskie pieśni o boginkach, co zeszły na ziemię, z pomocą i pomstą, w reedycji Szuszkiewicza. „Trudność odbioru tej muzyki potęguje jej lekkość”. Takiego Dopierałę lubię.